wtorek, 29 stycznia 2013

To już jest koniec

Mam wrażenie, jakby decyzja o prowadzeniu emigracyjnego bloga zapadła jedynie kilka dni temu. A prawdą jest, że minęło niemal 5 miesięcy. Początkowe założenie było, że ułatwi mi on komunikację z rodziną i znajomymi w Polsce, z czasem traktowałam go coraz bardziej jako pamiątkę z wyjazdu. Teraz nadszedł czas na jego zakończenie, gdyż od wczorajszego wieczoru ponownie jestem w Warszawie. 

A więc, dziękuję wszystkim wiernym i sporadycznym czytelnikom za zaglądanie tutaj. Regularne odwiedziny motywowały mnie do pisania, w wyniku czego powstało 45 wpisów. Nie spodziewałam się, że aż tak się namnożą. Jak już jesteśmy przy statystykach, to blog odwiedzony został ponad 2100 razy. Nie będę oceniać, czy to dużo, czy mało, gdyż celem nie była jego popularyzacja w sieci. Mam nadzieję, że się podobało!


sobota, 26 stycznia 2013

Komu w drogę...

Po raz kolejny pojawia się tutaj przedwyjazdowy wpis, jednak tym razem o troszkę innym charakterze. Na ogół informowałam o swoich kolejnych wycieczkach, teraz jak większość z Was wie, zbieram się w drogę powrotną do Polski. 
Wczorajszy ostatni spacer po ulubionych fragmentach miasta, w towarzystwie ciepłego słoneczka, był miłym zakończeniem wymiany i jedynie utwierdził w przekonaniu, że wykorzystanie ostatniej szansy na Erasmusa było dobrą decyzją. 
Dzisiaj już tylko pakowanie, sprzątanie i przygotowywanie się do drogi, bo ponownie czekają mnie długie godziny w autokarze. Życzcie szerokiej drogi! :-)


czwartek, 24 stycznia 2013

Francuska edukacja zakończona

Wpis ten miał w zamyśle być wyrazem mojej radości z zakończenia ostatniego przedmiotu realizowanego w BEM, z właśnie rozpoczynających się 2,5 tyg. ferii. Planowałam też wyrazić jakąś końcową opinię na podstawie swoich doświadczeń z francuską edukacją. Ale... na początek będzie o czym innym. 

Miałam dziś ostatni egzamin. Pomijając kwestię, że do wczoraj nie mogliśmy uzyskać informacji, w jakiej formie będzie przeprowadzony, czy teoria, czy zadania praktyczne, czy z dostępem do komputera, Excela i Solvera, czy tylko wersja papierowa, najciekawsze miało miejsce dzisiaj. Osoby z administracji przeprowadzające egzamin twierdziły, że możemy korzystać z jakich tylko chcemy dokumentów papierowych, podczas gdy na pierwszej stronie zestawu pytań było wyraźnie napisane, że dokumenty te nie są dozwolone. W wyniku tego część osób pisała egzamin z dostępem do prezentacji, rozwiązań zadań z poprzednich lat i własnych notatek, podczas gdy pozostali nie mieli żadnych pomocy, gdyż wczoraj osoba prowadząca zajęcia poinformowała nas, że egzamin piszemy bez niczego, a kalkulatory proste dostaniemy od szkoły. Sytuacja zmieniła się po połowie czasu, gdy pojawiła się w sali inna osoba z administracji z pretensjami do nas, że przecież wyraźnie mamy napisane na pierwszej stronie, że dokumenty są niedozwolone i nie można z nich korzystać. Kazali kontynuować egzamin już bez pomocy, a oni zastanowią się, co zrobić w związku z zaistniałą sytuacją. Niestety po zakończeniu nie udało nam się uzyskać żadnej stuprocentowej informacji, jakie decyzje zostały podjęte, bo nikogo z osób decyzyjnych nie było w biurze. Pozostaje pytanie co teraz? Prawdą jest, że jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę jak to BEM podkreśla na każdym kroku równość szans podczas oceniania, jest powtórzenie egzaminu. Jednak pozostaje problem taki, że Erasmusi w większości kończą swoją wymianę tym modułem i wracają do swoich krajów, więc nie mogliby przystąpić do takiego powtórnego egzaminu. Z drugiej strony jeśli dzisiejszy będzie wiążący, to wyniki będą dalekie od obiektywnych i mogą pojawić się protesty ze strony studentów, którzy nie korzystali z dodatkowych materiałów. 
Ja mam tylko nadzieję, że egzamin zostanie oceniony, bo nie mam zamiaru wracać do Francji na powtórkę lub też dostać warunku na SGH z powodu braku zaliczenia przedmiotu na wymianie. Szczególnie, że egzamin pisałam bez jakichkolwiek pomocy, więc nie czuję, abym złamała jakiekolwiek jego reguły. A co będzie? Zobaczymy wkrótce... albo trochę później. 

A co do podsumowań i wrażeń ogólnych dotyczących mojej edukacji we Francji, to jednym słowem - rozczarowanie. 

wtorek, 22 stycznia 2013

Biurokracji odsłona druga

Wpis ten będzie swego rodzaju kontynuacją jednego z pierwszych, jakie się tutaj pojawiły, czyli tego dotyczącego wszelkich formalności, których musiałam dopełnić. Tym razem będzie jednak chodziło o te, o których pamiętać trzeba przed wyjazdem... choć w niektórych przypadkach to w zasadzie jedne zlewają się z drugimi.
Na początek te uczelniane - podbijanie papierków potwierdzających pobyt jeszcze przede mną, powinno pójść szybko i sprawnie, bo tutejsze biuro ds. kontaktów zagranicznych działa naprawdę bardzo fajnie. Nie można jednak tego powiedzieć o procedurze sprawdzania egzaminów, bo średnio na wyniki każdego z nich oczekujemy min. 2 miesiące, co skomplikuje rozliczenie się z SGH, ale tym martwić się będziemy już w Polsce. 
Na otworzenie konta i otrzymanie karty czekałam ok. miesiąc, teraz czas na jeszcze jedną wizytę w banku. Trzeba rozwiązań ubezpieczenie mieszkania i inne takie, jednocześnie zostawiając otwarte konto, bo na niego jeszcze powinno coś wpłynąć. Jak to dobrze, że SGH uczy języka potrzebnego w takich sytuacjach. :-)
Opuszczenie akademika wiąże się z wykwaterowaniem, podczas którego dokładnej kontroli stanu utrzymania i czystości podlega pokój i kuchnia. Kontrola taka może być przeprowadzona w godzinach pracy administracji, a więc mój wyjazd w weekend jest problematyczny. Ale tutaj też plus dla uprzejmości, z jaką się spotkałam - wykwaterowanie zostanie przeprowadzone w poniedziałek, już bez mojej obecności, więc nie muszę opuszczać mieszkanka w piątek. Mam nadzieję, że żadnych wyimaginowanych uszkodzeń nie znajdą i za kilka miesięcy (tak, tyle to trwa) dostanę zwrot kaucji w pełnej kwocie. 
Wciąż również rozpatruje się mój wniosek o dofinansowanie mieszkania, złożony jeszcze we wrześniu. Cały pobyt we Francji okazał się zbyt krótki, aby ktoś zdążył postawić na nim pieczątkę. Wizyta w punkcie obsługi poskutkowała wypełnieniem jeszcze jednego druczku, który został dorzucony do systemu z pozostałymi i zapewnieniem przez miłą panią, że za ok. 2 tyg. już powinna być decyzja i wypłata. 
Ciekawa jestem, o jakich formalnościach końcowych udało mi się zapomnieć. :-)


niedziela, 20 stycznia 2013

CouchSurfing

Wpis w temacie CouchSurfingu już kilkakrotnie miał się tutaj pojawić, a więc czas najwyższy. Jak wspomniałam przy relacji z wyjazdu do północnej Hiszpanii, wtedy właśnie były moje pierwsze CS'owe doświadczenia. Jednak nie ostatnie. 
Większość z nas kojarzy CS od strony korzystania z czyjejś gościnności lub przyjmowania turystów. Pierwsza z nich świetnie się sprawdza, szczególnie gdy podróżujemy sami, gdy chcemy zaoszczędzić na noclegach, gdy ciężko o miejsce w hostelu przy jakiś większych wydarzeniach, ale przede wszystkim daje okazje poznania bardziej codziennego życia w miejscu, które odwiedzamy. Zabawa w hostowanie przez wielu jest traktowana jako namiastka podróżowania - nie wszędzie jest możliwość pojechać, więc niech część tego miejsca przyjedzie do nas. Czy rzeczywiście tak jest? Nie wiem, nie miałam na razie okazji sprawdzić. 
Ale w Bordeaux poznałam jeszcze trzecią, często nieznaną lub zapominaną, stronę CouchSurfingu, czyli udział w wydarzeniach lokalnych. Kilkakrotnie byłam na 'wymianie językowej', gdzie pojawiają się dosyć licznie obcokrajowcy. Spotkanie na ogół przebiega w większości po angielsku i organizowane jest w różnych miejscach. Raz zdarzyło się, że grzane wino przyciągnęło dwoje Francuzów, dwoje Polaków, dwoje Marokańczyków, dwoje Hindusów oraz Chinkę i Wenezuelkę. Poza tym regularnie organizowane są różne spotkania tematyczne, jak wyjście na koncert, wieczór z planszówkami, czy wspólny spacer, a także najzwyklejsze wspólne weekendowe wyjście na piwo. Dzięki temu była okazja pogadać czasem po francusku i poznać mniej lub bardziej tutejszych Francuzów. 
A tymczasem kończę i zbieram się na swoje ostatnie CS'owe spotkanie w Bordeaux. Kolejne być może już w Warszawie. :-)


czwartek, 17 stycznia 2013

Cadillac

Jeśli tytuł wpisu przyciągnął tutaj fanów amerykańskich samochodów, to niestety muszę ich rozczarować - nie będzie o nich ani słowa. Ale jeśli przeszło Wam przez myśl, że dawno nie było żadnych relacji ze zwiedzania nowych miejsc, to mam coś dla Was. :-)

Tak się składa, że Cadillac to nazwa niewielkiej miejscowości oddalonej ok. 35 km od Bordeaux, do której już od dłuższego czasu się wybierałam. Kiedyś przeczytałam, że jest tam całkiem fajny średniowieczny zamek, więc czemu by nie zobaczyć. Szczególnie, że nad Loarę stąd daleko, więc nie było okazji zwiedzić żadnego z tych najsłynniejszych. Do Cadillac już kilkakrotnie miałam jechać, ale zawsze coś wypadło albo deszcz nie sprzyjał wybieraniu się na zwiedzanie. Dziś udało się!
Korzystając raz jeszcze z regionalnych autobusów w godzinkę dojechałam na miejsce i udałam się do informacji turystycznej, aby zapytać, czy jest tu jeszcze coś ciekawego poza zamkiem. Niestety informacja przez ten tydzień była zamknięta, więc pozostało poruszanie się na orientację. Nie było to zbyt trudne. Mikroskopijny rozmiar mieściny przerósł moje oczekiwania - zwiedzenie zamku i obejście wszystkiego wzdłuż i wszerz zajęło mi ok. godzinę. A jak wrażenia?
Zamek sam w sobie z zewnątrz całkiem ładnie się prezentował, jednak wnętrza nie zachwycały. Poza kilkoma ładnie zdobionymi kominkami, raczej puste pomieszczenia. W ogrodach tylko trochę zielonej trawki, ale to już efekt pory roku. A poza zamkiem całkiem sympatycznie wyglądający kościół, gdzie przy wejściu był plakat z życzeniami 'wesołych świąt' w wielu językach, po polsku również; trochę murów obronnych oraz dwie bramy 'miejskie'. Ale najfajniejsze wrażenie robiły uliczki, po których się przespacerowałam. A z innych obserwacji, to poważnie rozważyłam alternatywną nazwę dla Cadillac - miasteczko fryzjerów byłoby całkiem uzasadnione. Gdziekolwiek bym nie była, zawsze na horyzoncie były przynajmniej 2-3 zakłady fryzjerskie. 
A na koniec kilka zdjęć:









niedziela, 13 stycznia 2013

Kawa i kawiarnie

Kawa, szczególnie dobra kawa, to podstawa - to wiedzą wszyscy. ;-) 
Wyjeżdżając do Francji, wiele osób mówiło mi, że będę mieć fajnie, bo na każdym kroku będę mieć fajne kawiarnie z dobrą kawą. A jak jest w rzeczywistości? Na uczelnianą cafeterię rzeczywiście nie można narzekać pod tym względem. Należy tylko pamiętać, że tutaj capuccino jest z dodatkiem czekolady i jest słodkie. Ale to już kwestia, co kto lubi. Jeżeli natomiast chodzi o centrum miasta, to niestety szczęście mi nie dopisuje. Lokali o profilu stricte kawiarnianym nie jest zbyt dużo, większość to mniej lub bardziej rozwinięte bary i restauracje. A co za tym idzie, otwarte w specyficznych godzinach i nastawione na klienta, który przyszedł przede wszystkim zjeść lunch, a kawę wypić na zakończenie. 
A z bordowych przygód kawowych to:
- zdarzyło się, że ok. godz. 12-12.30 zostaliśmy poinformowani, że nie możemy zamówić jedynie kawy, bo to jest pora lunchu, natomiast innym razem ok. godz. 13.30 obsługa musiała się chwilę zastanowić, czy pozwolić nam usiąść na kawę, czy też jeszcze jest zbyt wcześnie,
- zdarzyło się w niedzielne przedpołudnie przejść spory kawałek centrum miasta w poszukiwaniu otwartego czegokolwiek, gdzie mogłabym kupić kawę, choćby na wynos - niestety bezskutecznie,
- jednakże wczoraj moja wieloletnia nauka francuskiego i tak okazała się niewystarczająca do bezproblemowego zamówienia kawy. Dosyć międzynarodowy termin, jak cafe latte, kompletnie nie został zrozumiany, więc spróbowałam wersji francuskiej, prosząc o cafe au lait. Po kilkukrotnej prośbie o powtórzenie, wciąż jednak nie wiadomo było, co my chcemy. Okazało się, że obsługa oczekiwała terminu cafe creme. A cały wysiłek na nic, bo kawa była niedobra.
Więcej nie uwierzę, że we Francji można wypić dobrą kawę na każdym kroku!



środa, 9 stycznia 2013

Lotnicze obserwacje

Wybaczcie, że wpis ten nie będzie ściśle związany z moim pobytem w Bordeaux, ale ze względu na ilość czasu poświęcaną na lotnicze obserwacje, powinien się tu znaleźć. Ale o co tak w ogóle chodzi, bo wcale nie mam na myśli widoków z samolotowego okienka...
Do dziś pamiętam swój pierwszy lot, wcale nie tak dawno, maj 2010 roku, Stambuł. Nie miałam pojęcia co i jak, gdzie mam iść, w jakiej kolejności, co będą ode mnie chcieć w czasie odprawy. Nie obyło się bez drobnych przygód i mieszanych wrażeń. Latanie mnie nie zachwyciło. Później było jeszcze kilka innych lotów, ale wciąż większość wyjazdów miała charakter autokarowy, co jak wiemy zajmuje sporo czasu i jest męczące. Po kolejnych 25-30-godzinnych przejazdach padało stwierdzene, że na kolejne wakacje lecimy samolotem, na co od razu pojawiała się myśl, że przecież loty są bardzo drogie i to nie będzie miało sensu. 
W ten oto sposób około rok temu zaczęłam się interesować biznesem lotniczym, tanim lataniem, a także śledzeniem wszelkiego rodzaju okazji i promocji. Z czasem doszło jeszcze czytanie blogów podróżniczych i relacji z wyjazdów w różne zakątki świata, codzienne przeglądanie forum, czego efektem jest masa pomysłów na kolejne własne podróże.
A dlaczego ten wpis akurat teraz? Ano dlatego, że w niedzielę wieczorem po raz pierwszy nie skończyło się jedynie na przeczytaniu o kolejnej świetnej okazji, ale poczyniony został krok więcej - zakup biletu. W ten sposób końcem lutego weekend spędzamy w Sztokholmie!

niedziela, 6 stycznia 2013

Blogowy urlop zakończony

Witajcie po długiej przerwie! :-)

Jak się pewnie domyślacie, pojawienie się nowego wpisu oznacza, że powróciłam na emigrację. Kilka godzin temu bordowe przywitało mnie ponownie. 
Czas spędzony w Polsce był dosyć intensywny, ale zdecydowanie udany - na początek 3 dni w Warszawie pełne towarzyskich spotkań urozmaicone piękną zimą, później świąteczny tydzień w domu z gotowaniem, pieczeniem i nic nierobieniem, kilkudniowy wyjazd w góry na narty i studencki Sylwester, a na zakończenie jeszcze kilka leniwych dni w Warszawie. 
W ten sposób z 16 grudnia zrobił się 6 stycznia, a więc poranna pobudka, końcówka pakowania i w drogę na Okęcie. Tak, właśnie Okęcie. Wciąż nie miałam okazji zobaczyć lotniska w Modlinie, mimo że już dwa razy powinnam je odwiedzić. W drodze z Francji mgła okazała się zbyt gęsta, przez co zostaliśmy przekierowani do Łodzi, teraz natomiast jest ono zamknięte z powodu remontu pasa startowego. 
A co przede mną? Ostatnie kilka tygodni we Francji, ostatni przedmiot do zrobienia, pokazanie Bordeaux kolejnemu gościowi, który już wkrótce mnie odwiedzi i być może jeszcze odrobina zwiedzania w regionie. 

A na koniec najlepsze życzenia noworoczne dla wszystkich czytelników! :-)

wtorek, 18 grudnia 2012

Ziiima!

Dla mnie okres świąteczny rozpoczął się na dobre - w niedzielę opuściłam Bordeaux, a poniedziałek przed południem wylądowałam w... Łodzi. Co prawda miał być Modlin, ale mgła nam odrobinę przeszkodziła. ;-)

W planach na najbliższe 3 tygodnie przekopywanie się przez zaspy (jeśli będzie padać w takim tempie jak wczorajszego wieczoru, to szybko powstaną), wszelkie spotkania dzienne i wieczorne, rodzinne świętowanie, wyjazd na narty i wieeele innych. ;-)

Jako, że blog pełni funkcję wyjazdowego, to chwilowo zawieszam tutejszą działalność. Do napisania w styczniu! :-)

sobota, 15 grudnia 2012

O Porto i sprzecznych wrażeniach (cz. 3)







W części trzeciej (i ostatniej) nareszcie będzie o samym mieście. Ogólne wrażenie Porto na mnie zrobiło średnie, chyba zbyt dużo ruin, rozpadających się i zaniedbanych budynków, aby mogło mnie zachwycić. Generalnie widać, że Portugalia obecnie do najbogatszych krajów nie należy, a odrestaurowanie zabytkowych kamienic to kosztowne przedsięwzięcie. Szczególnie, że historyczne centrum Porto wpisane zostało na listę UNESCO, a więc nie można tak sobie dowolnie odbudowywać. Z tego, co dowiedziałam się podczas spaceru ze zwiedzaniem, niezły wpływ na miasto mają hostele, bo to właśnie często z tym zamiarem kamienice są odnawiane i zagospodarowywane. 





Za to tramwaje fantastyczne! :-)



Ale koncentrując się na tym, co pozytywne, to już w Sewilli zachwycałam się ceramiką, w Porto natomiast zachwytów ciąg dalszy. Tutaj jednak azulejos wyglądają troszkę inaczej - nie są to wzory, a całe malowidła. Najpiękniejsze można podziwiać wewnątrz budynku dworca Sao Bento oraz na fasadzie kościołów Igreja do Carmo i Igreja de Sto Ildefonso, choć nie są to jedyne miejsca, gdzie się z nimi spotkacie. 






W czasie zwiedzania miasta była jeszcze okazja zajrzeć do katedry i kilku kościołów, przyjrzeć się pomnikom i dowiedzieć, czym sobie na nie zasłużono, wspiąć się na wieżę i spojrzeć na Porto z góry, a także zajrzeć do Portugalskiego Centrum Fotografii, które szczerze polecam.

 





Kto był w Porto, pewnie zastanawia się, czemu nie napisałam ani słowa o księgarni. A ja po prostu zostawiam sobie tę przyjemność na koniec. :-) No więc, jeszcze przed wyjazdem dowiedziałam się, że nie mogę pominąć miejsca o nazwie Livraria Lello, i że jest to zdecydowane 'must see' nawet podczas najkrótszej wizyty w tym mieście. Gdy dotarłam pod właściwy adres, to ujrzałam taką oto odnowioną kamieniczkę:



Ale to co najciekawsze znajduje się w środku. Co prawda zdjęć nie można robić, więc wyjątkowo posłużę się tymi ogólnodostępnymi:

livaria lello book store porto portugal

Ficheiro:A Livraria Lello e Irmão-A ponte de encanto.jpg



Wrażenie robi niesamowite. Portugalczycy mówią, że to właśnie ta księgarnia była inspiracją dla niektórych fragmentów Harrego Pottera. Dla mnie najciekawszy był fakt, że to miejsce wciąż funkcjonuje jako normalna księgarnia. 

A na zakończenie jeszcze kilka zdjęć w wydaniu świątecznym. Mikołaje wspinające się po balkonach to bardzo częsty widok, a dekoracja świetlna całkiem ładna. 





I to by już było na tyle z Portugalii. 


piątek, 14 grudnia 2012

O Porto i sprzecznych wrażeniach (cz. 2)

Kontynuując rozpoczętą dwa dni temu relację, dzisiaj trochę więcej o samym Porto i odwiedzonych miejscach. Ostatecznie nigdzie dalej poza miasto nie udało mi się wyjechać, za to spędziłam długie godziny w miejscach, gdzie miałam zajrzeć tylko na chwilkę. 

Porto dosyć znane jest, a przede wszystkim bardzo dumne, ze swoich sześciu mostów, z czego najciekawszy jest dwupoziomowy Ponte Luis I. Biorąc pod uwagę, że miasto ma sporo wzniesień i schodów, fajnie jest móc przejść na drugą stronę niezależnie czy nad rzekę dotrzemy od góry czy od dołu. Górny poziom to też niezły punkt widokowy, zwłaszcza na rzekę Duoro - tam właśnie rozpoczęłam swoją wycieczkę w słoneczne sobotnie południe. 





Rzeka jest jednocześnie granicą administracyjną Porto - po drugiej stronie mostu to już Vila Nova de Gaia, przez Portugalczyków często w skrócie nazywana Gaia, czyli kolebka wina typu Porto. Jeśli zdarzyło Wam się je pić, to prawdopodobnie leżakowało w jednej z tamtejszych piwnic i tam też zostało zabutelkowane. Ale dla mnie zaskoczeniem było, że nigdzie nie mogłam dojrzeć krzewów winorośli. Jak się później okazało, tym razem to nie wzrok mnie mylił, a po prostu wytwarzane jest ono z winogron z regionu Alto Duoro, gdzie panują najlepsze warunki klimatyczne. Wycieczka po winnicy jednego z najstarszych producentów Porto dostarczyła jeszcze kilku informacji i była okazją do degustacji. Wina dla Was nie mam, ale kilka zdjęć jak najbardziej:





Sobota już do końca pozostała leniwym dniem i na wspinanie się do centrum miasta nie zdecydowałam się. Ale spacer wzdłuż rzeki to również miła rozrywka, choć do oceanu na zachód słońca nie udało się zdążyć.





Plan na niedzielę był dosyć ambitny - na początek trochę kultury, później chwila relaksu nad oceanem, a na zakończenie zwiedzanie miasta. Jednak lenistwo znowu było górą. A może to nie kwestia lenistwa, a magiczne oddziaływanie słońca, ciepła i oceanu?
Ale wracając do odrobiny kultury na początek - w informacji turystycznej dowiedziałam się, że w Muzeum Sztuki Współczesnej jest ciekawa wystawa, a sam budynek otoczony jest pięknymi ogrodami. No więc czemu by nie zobaczyć? Po drodze zatrzymałam się jeszcze przy Casa de Musica, czyli głównej sali koncertowej Porto, uznawanej za wizytówkę miasta. Mnie nie zachwyciła. 



Ale to na pewno dlatego, że ja się na sztuce nie znam, co potwierdzone zostało chyba rekordowo krótkim czasem zwiedzania wspomnianej wyżej wystawy. A co do ogrodów, to rzeczywiście sympatyczne, choć do pięknych trochę im brakuje. 






Jak widać na ostatnim zdjęciu, w Portugalii to dopiero jesień i czas żółknięcia liści. Nawet trochę przypominała tę złotą, polską, której w tym roku nie miałam okazji zobaczyć.
Po parku przyszedł czas na ocean, czyli chyba to, co najbardziej podobało mi się z całego wyjazdu. Co prawda to już nie pora plażowania i opalania się, choć surferzy wciąż liczni, ale piękne widoki i promenada wzdłuż wybrzeża zachęca do spędzenia tam kilku godzin oraz wypicia kawy na jednym z tarasów. 








Jako że wpis się już dosyć długi zrobił, to zwiedzanie miasta w świetle naturalnym i sztucznym pojawi się w części trzeciej. 


środa, 12 grudnia 2012

O Porto i sprzecznych wrażeniach (cz. 1)





Od powrotu z Porto zastanawiam się, co o nim napisać i jakie wrażenie na mnie zrobiło, ale wciąż nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Jeszcze przed wyjazdem spotkałam się z bardzo sprzecznymi opiniami innych turystów - jedni uważali je za najpiękniejsze miasto w jakim byli (a były to osoby, które sporo widziały), inni natomiast uznali je za najgorsze. Takie rozbieżności wydawały mi się niemożliwe, a jednak okazały się prawdziwe. 
We mnie Porto również wzbudziło sprzeczne odczucia - były chwile zachwytu, były momenty z myślami: "przecież tu nic nie ma", a cały wyjazd był nietypowy. Ale zaczynając od początku: uczelnia po raz kolejny zaoferowała mi gratisowe kilka dni wolnego, Ryanair dorzucił do tego promocję, w wyniku czego wyszła jeszcze jedna wycieczka. Zdecydowałam się na samotny wyjazd z zamiarem CouchSurfingu i ambitnego zwiedzania, nie tylko Porto, ale też innych miejsc północnej Portugalii. A co z tych planów zostało zrealizowane? 

Ano niewiele. Niezbyt nasilone poszukiwania hosta okazały się nieskuteczne i w wieczór poprzedzający wylot zarezerwowałam hostel, a wybierać było w czym. Zdecydowałam się na Tattva Design Hostel i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że był to najlepszy hostel, w jakim byłam. Kto chętny, sam może sobie poszukać o nim informacji i opinii, ja jedynie wrzucę kilka zdjęć (własnych nie robiłam, ale te ze strony są całkowicie prawdziwe):




Nie tylko hostel przyczynił się do pozytywnych wrażeń, ale również Portugalczycy. Nie wiem, czy gdziekolwiek spotkałam się z tak pozytywnymi i pomocnymi ludźmi. I przede wszystkim - wszyscy mówią po angielsku, a jeśli przypadkiem traficie na wyjątek potwierdzający regułę, to w kilka sekund zorganizowana zostanie osoba nie będąca wyjątkiem. Z każdą chwilą moje zdziwienie rosło - zaczynając od dwujęzycznych komunikatów i napisów w metrze, poprzez wielojęzyczną obsługę w miejscach turystycznych, kończąc na przynajmniej dobrym poziomie angielskiego w miejscach o charakterze zdecydowanie lokalnym. A z ciekawszych przykładów, to: 
- strażnik w muzeum na dzień dobry przeprosił mnie, że nie mówi po angielsku i będzie potrafił odpowiedzieć na ewentualne pytania tylko po portugalsku lub francusku, 
- kilkakrotnie zdarzyło mi zostać zapytaną, czy mają do mnie zwracać się po angielsku, hiszpańsku czy francusku, 
- nawet w najmniejszym barze z dala od turystów obsługa (a były to osoby w wieku co najmniej średnim) z przyjemnością wyjaśniała mi, co jest czym i co poleca.

Jak już napisałam, pojechałam sama, ale niewiele czasu spędziłam jedynie we własnym towarzystwie. Przez te 3 dni miałam wyjątkowe szczęście przypadkowo trafiać na bardzo sympatyczne osoby, dzięki czemu wyjazd był tak udany. Blisko siebie ustawione stoliki w barze, gdzie jadłam obiad zapoczątkowały kilkugodzinny spacer w towarzystwie Australijki, która była właśnie w połowie samotnej podróży dookoła świata, robienie kolacji w hostelowej kuchni to dobra okazja na rozpoczęcie kilkugodzinnej rozmowy z Brazylijczykiem mieszkającym w Irlandii, który niedawno zakończył pielgrzymkę do Santiago di Compostela, a wybranie się na spacer miejski to możliwość poznania przewodniczki, która przez 9 miesięcy mieszkała we Wrocławiu oraz dzielenia się wrażenia ze zwiedzanych miejsc z Gruzinem studiującym w Niemczech i pracującym w Holandii. No i nie należy zapominać, że Polacy są wszędzie - mogą nawet stanowić większość wycieczki po winnicy czy też zdecydowanie zdominować hostelowe śniadanie.

Zdjęcia i wrażenia z odwiedzonych miejsc już wkrótce! 



piątek, 7 grudnia 2012

Marnotrawstwo

Ostatni tydzień jest sztandarowym przykładem marnotrawstwa czasu w moim wykonaniu. Długo udawało mi się przed tym bronić we Francji, ale nadszedł moment, że mój dar spędzania czasu na nicnierobieniu ponownie jest górą. Efekt tego taki, że w czwartek wieczór zamiast pójść pogadać sobie po francusku, to robiłam prezentację na piątkowy poranek. W planach były też poszukiwania św. Mikołaja, ale również nie było kiedy wybrać się do centrum w tym celu. Za to Mikołaj sam znalazł mnie, odwiedzając moją skrzynkę mailową. A prezentował się tak:



Dzisiaj mamy już piątek, co oznacza, że wieczorem czeka mnie pakowanie, a jutro rano wczesna pobudka, aby zdążyć na samolot. Tym razem Portugalia!

wtorek, 4 grudnia 2012

Weekend(y) z kulturą

Już kiedyś, dawno, dawno temu, pojawił się tutaj wpis o rozrywkach kulturalnych. Teraz temat powraca, gdyż w ostatnim czasie ponownie miałam okazję wziąć udział w kilku wydarzeniach. 
Na początek koncert, do tego napotkany przypadkowo podczas odwiedzin mojego drugiego gościa. Wybraliśmy się do pubu o wdzięcznej nazwie Le Lucifer z belgijskim piwem (polecam!), a tam akurat był wieczór z muzyką na żywo w ramach jakiejś większej imprezy. Nie wiedziałam, że jedna osoba na scenie (no i trochę techniki) może zrobić taki show, przykuwając do siebie uwagę na dłuuugo. 
Tydzień po koncercie przyszedł czas na kino. Fanem Bonda nigdy nie byłam, ale pozytywne opinie skłoniły mnie do wybrania się na Skyfall. I była to słuszna decyzja. W pisanie recenzji bawić się tutaj nie będę, bo tego nie lubię. Po prostu polecam! I do tej pory nie wiem, czy bardziej słuchałam angielskiej wersji oryginalnej, czy czytałam francuskie napisy. Ale połączenie było całkiem efektywne. 
Koncert i kino to nie wszystko, odwiedziłam również Musee d'Aquitaine, czyli muzeum przedstawiające rozwój regionu od prehistorii do dnia dzisiejszego. Moi goście jednogłośnie stwierdzili, że Bordeaux znam lepiej niż Warszawę, zarówno w kwestii poruszania się po mieście, jak i wiedzy na jego temat. Teraz opowieści mogłyby być jeszcze urozmaicone o elementy historyczne. ;-) I na zakończenie kilka muzealnych zdjęć: